poniedziałek, 23 listopada 2015

Coming home....

W zasadzie mogłabym napisać tylko to, że wracam do domu. Rezygnuję ze studiów, pakuje walizki, zostawiam Łódź. Ale chcę też powiedzieć dlaczego. I choć ktoś może uznać tego rodzaju wpis, za żałosne przemyślenia rozczarowanej dziewczyny, to jednak ostatnio przeczytałam, że pisanie jest formą terapii i postanowiłam podzielić się swoimi emocjami.

Dlaczego, choć dwa tygodnie temu ukazał się wpis, że jednak studiowanie to lepsza opcja, zdecydowałam się na powrót do domu? Bo studia nie okazały się lekiem na cale zło. Powrót do domu też tym z pewnością nie będzie, jednak po tygodniu spędzonym u siebie zobaczyłam lekką poprawę, a po ponownym przyjeździe do Łodzi przyszło kolejne załamanie.


Wiele osób tego nie rozumie. Przecież tylko nie dostałam się na medycynę. Nic strasznego. Spotkało to tysiące maturzystów. Wiele osób nie spełniło swojego marzenia. Poprawię i dostanę się następnym razem. Przecież to tylko rok. Każdy pociesza jak może, lecz mimo starań mojej rodziny i M. moje samopoczucie się nie poprawia, ilość przepłakanych nocy zamiast zmniejszać się rośnie w zastraszającym tempie. Liczyłam, że studia, nowe miasto, nowi ludzie, to wszystko co związane z wyjazdem jakoś odwróci moją uwagę, pozwoli jakoś zapomnieć o tym smutku i rozczarowaniu. Tak się jednak nie stało i w obecnym stanie wiem, że będąc dalej w Łodzi nie znajdę w sobie tyle siły, żeby zebrać się do nauki i poprawić tę maturę. Stąd ta decyzja. Czy jest dobra? Zdania są podzielone. Ci, którzy znają skalę problemu są za powrotem, reszta uważa, że to głupota. Kto ma rację, okaże się za kilka tygodni, kiedy będę już w domu.

I może kogoś bawi moja zmienność decyzji. Może ktoś ma mnie teraz za rozpieszczonego bachora, który nie wie czego chce. Jednak zamieszczam ten post, by po pierwsze samej poczuć się lepiej, bo ubranie czegoś w słowa rzeczywiście pomaga, a po drugie, by ktoś kto być może jest w podobnej sytuacji wiedział, że nie jest sam i są osoby, które go zrozumieją. Bo pewnych rzeczy nie można zrozumieć, jeśli się ich nie doświadczy...

I'm coming home
I'm coming home
Tell the World I'm coming home
Let the rain wash away all the pain of yesterday
I know my kingdom awaits and they've forgiven my mistakes



***
Będę dla Was oczywiście dalej pisać. Mam nadzieję, że już bardziej optymistyczne posty.


niedziela, 8 listopada 2015

Poprawa matury #2 - może jednak zostać w domu

Z uwagi na ponowne maturalne rozgoryczenie, postanowiłam napisać kolejny post w tej serii. A mianowicie rozwinąć kwestię tego, czy zostawać w domu, czy wyjechać na studia. Ostatnio, wracając do domu na długi weekend, byłam bliska zabrania ze sobą wszystkich walizek i musiałam długo się zastanawiać co tu ze sobą zrobić.

Tak więc piekąc w poprzednią niedzielę brownie punktowałam sobie plusy i minusy każdej z sytuacji. Wyszło w zasadzie neutralnie, czyli i tak źle, i tak niedobrze. Ale może po kolei. W domu mogłabym skupić się tylko na nauce do matury. Nie tęskniłabym też za bliskimi i zdecydowanie odciążyłabym rodziców finansowo. Tęskniłam bym jednak za M., nie miałabym z kim kompletnie się spotkać, gdyż cała moja paczka wyjechała na studia. No i pewnie z nadmiarem czasu popadłabym w błogie lenistwo i kompletny brak motywacji do nauki.
Będąc w Łodzi, na studiach, co prawda nie tęsknie za M. i mam obowiązki, które zmuszają mnie jakoś do pracy to jednak ta sytuacja mnie nie zadowala. Nie narzekam  na brak czasu na przygotowania do matury. Mam też przedmioty, które w jakimś stopniu mogą mi się przydać. Po prostu wewnętrznie czuję, że jestem aktualnie na złym miejscu w swoim życiu. I czasem, aż chce się rzucić to wszystko, wrócić do domu, zakopać pod kołdrą i powiedzieć światu, żeby odezwał się do mnie za rok...
I choć wszyscy pocieszają, że to tylko rok, zleci szybko i na pewno się dostanę, to takie słowa wsparcia bardziej denerwują niż pomagają. Choć wiem, że nikt nie ma złych intencji, to jednak widzę, że nikt tej sytuacji też nie zrozumie, dopóki się w niej nie znajdzie.

I pewnie jeszcze wiele razy będę się zastanawiać co zrobić. Na razie studia wydają się ciut lepszą opcją. Zobaczymy, co będę twierdzić pod koniec tygodnia...




wtorek, 27 października 2015

Poprawa matury #1


Hej, za rok matura... Nie sądziłam, że przyjdzie mi śpiewać te piosenkę. Choć wiedziałam, że dostanie się na medycynę łatwe nie jest i być może czeka mnie poprawka, to jakoś w duchu liczyłam na to, że będę mogła zapomnieć już o arkuszach, repetytoriach, kluczach i Darku Witowskim. No, ale co się stało to się nie odstanie. 3 tygodnie temu rozpoczęłam powtórki, 
a wczoraj koleżanka z roku powiedziała mi, że jestem chodzącą motywacją, więc postanowiłam raz na jakiś czas wrzucać tutaj post związany z poprawą matury. Dla motywacji innych, ale też samej siebie. Zapraszam do czytania wszystkich. I tych co maturę piszą po raz pierwszy, tych co poprawiają, ale też tych, którzy maturę mają zdaną wyśmienicie i mogą podzielić się jakimiś wskazówkami.

Może najpierw kilka informacji oraz odpowiedzi na pytania, które mnie same dręczyły bądź dręczą nadal.




Maturkę będę pisać ponownie z biologii i chemii. Jestem rocznikiem '96, czyli nowa podstawa. Mój cel to 170 punktów (startuję jedynie na dwu-przedmiotówki). Czyli tak, żeby z pewnością dostać się na lekarsko-dentystyczny. Po szybkiej i niezwykle trudnej matematycznej kalkulacji to 17 punktów w postępowaniu rekrutacyjnym. Czyli po około 8% na maturkę. Drobnostka! Nie mam opracowanego dokładnego planu, nie chodzę też na korepetycję. Mam zamiar powtórzyć teorię do końca roku, a potem ponownie wdać się w romans z zadankami z Witowskiego, Pazdro,...


Zostawać rok w domu, czy iść na studia? 
Choć przez całe liceum bez chwili zastanowienia, odpowiedziałabym, że siedzieć rok w domu, to teraz po miesiącu studiowania uważam, że jednak lepiej pójść na studia. Ważne jednak by wybrać kierunek, na którym z chęcią zostaniemy jeśli się nam nie uda, a który jednocześnie nie będzie na tyle wymagający, żeby nie móc znaleźć czasu na naukę do poprawy. Czy polecam dietetykę? Pod względem czasu na naukę zdecydowanie tak. Mam tak rozplanowane zajęcia i przedmioty, że mogę znaleźć bez problemu czas na powtórki. No i wychodzę z założenia, że byle zdać na to 3. Nie wiem jednak, czy jeżeli znów powinie mi się noga, zostanę na kolejny rok na tym kierunku. Ale to rozprawa na inny post. Ogólnie rzecz ujmując studiowanie wymusza na nas jakiś obowiązek. Siedząc w domu, miałabym wrażenie, że mam jeszcze mnóstwo czasu i wiele bym go zapewne zmarnowała.

Jak zmotywować się do pracy?
Jeżeli naprawdę pragnie się jakiejś rzeczy, to motywacja by ją osiągnąć powinna znaleźć się sama. Gdyby jednak w praktyce wyglądało to tak łatwo, byłoby za łatwo właśnie. Przez pierwsze dni uczyło mi się fantastycznie, ale ostatnio mam już serdecznie dość czytania po raz n-ty tego samego i mam ochotę rzucić książki w kąt. Wiem jednak, że bardzo bym później żałowała. Czasem trzeba się więc przymusić, by jak powiedział mi raz M. nie żałować przez całe życie jednego wieczoru lenistwa.


Jak zorganizować czas? Najważniejsze jest moim zdaniem ustalenie priorytetów. No i niestety czasem trzeba zrezygnować z jakiś przyjemności i rozrywek. Ale czym jest rezygnacja z imprezy/obejrzenia serialu w perspektywie dostania się na wymarzony kierunek?

To by było chyba wszystko, jeżeli chodzi o pierwszy poprawkowo-maturalny wpis. Mam nadzieję, że ta seria się Wam spodoba
i w wakacje wszyscy będziemy świętować dostanie się na wymarzony kierunek.

niedziela, 25 października 2015

Depozyt myśli - ale co ty masz z tego krwiodawstwa?

Gdybym miała wymienić 5 rzeczy/czynności/ zdarzeń, które dają mi w życiu najwięcej radości i satysfakcji, jedną z nich byłoby bezapelacyjnie krwiodawstwo. Wczoraj zaliczyłam 5 donację i pomyślałam, że napiszę coś co już od dawna chodzi mi po głowie. A mianowicie, co ja z tego krwiodawstwa mam. 
Ale może najpierw opowiem jak wyglądał wczorajszy dzień. 
Oczywiście od rana udzieliła mi się ekscytacja, choć martwiłam się czy moje wyniki będą tym razem prawidłowe. Zjadłam lekkie śniadanie i razem z M. wyruszyłam do RCKK. Najpierw formalności, potem pobranie próbki. U lekarza siedziałam więc jak na szpilkach, ale po poznaniu wyniku hemoglobiny wiedziałam już, że 3 bana nie będzie i za kilka minut usiądę w fotelu, a z mojej żyły popłynie 450 ml życia w najczystszej postaci. Tak też się stało. Po pobraniu chwilę odpoczęłam, odebrałam czekolady i wróciłam do akademika, gdzie pozwoliłam mojemu organizmowi zregenerować się po prostu śpiąc. Całość 
z dojazdami, zajęła mi maksymalnie 2 godziny. 

Wiele osób pytało mnie po co to robię, co z tego mam. To pytanie zawsze mnie zdumiewa. Czy ze wszystkiego musimy coś mieć? Czy nic już nie można zrobić bezinteresownie? Ale nie oszukujmy się, każdy ma w sobie pewien egoizm i coś chce mieć. Także jeśli, ktoś twierdzi, że z krwiodawstwa nie ma nic, to chciałam sprostować, że tak nie jest. Dzięki krwiodawstwu macie regularne badania. Czekolady. Zwrot kosztów dojazdu. Zwolnienie ze szkoły/pracy na ten dzień.Znacie i macie potwierdzoną swoją grupę krwi. No i jeszcze taką drobną satysfakcję, że możecie poczuć się jak superbohater, bo być może przyczynicie się do uratowania jakiegoś istnienia. Ale to już taka drobnostka. 

Tak więc, co mam z tego krwiodawstwa? Wydaje się, że nic. A jednak bardzo dużo. Bo świadomość, że być może moja krew, krąży teraz w żyłach innego człowieka, który dzięki niej może przeżyć kolejny dzień jest bezcenna. I mam też świadomość, że być może kiedyś kilka jednostek krwi będzie potrzebnych mnie, albo komuś z moich bliskich. I mogę żyć ze świadomością, że skoro ja pomogłam komuś, to być może to dobro wróci i ktoś inny wstanie rano i z radością poświęci odrobinę czasu i energii na oddanie krwi. 

Jeśli nie masz żadnych przeciwwskazań zdrowotnych to spróbuj choć raz oddać krew. I zobaczysz jakie to wspaniałe uczucie. 





piątek, 9 października 2015

Depozyt myśli - pierwsze studenckie dni za mną


Mówią, że to najpiękniejszy okres w życiu. Na każdym kroku powtarzają, że to tutaj zawiążą się przyjaźnie na całe życie. Studia. Czas odrywania nowych pokładów wiedzy, nauczenia się samodzielności, ale także zabawy, no bo w końcu młodość. Trzeba szaleć. 

Od dawna zastanawiałam się jak to będzie. Zacząć w zasadzie dorosłe życie, bo po osiemnastych urodzinach zmienia się niewiele. A teraz opuszcza się rodzinne gniazdo i idzie w świat. Sprawa poważna, że ho ho. 

Dziś minie 12 dzień mojego dorosłego - studenckiego życia. Czy mi się podoba? I tak, i nie. Z jednej strony poznaje tłum ludzi. Niektórzy niosą ze sobą takie historie, że aż nie mogę się nadziwić, jak ironiczny potrafi być los. Uczę się też w większości rzeczy, które mnie interesują. No i te zajęcia z anatomii w prosektorium, gdzie choć nie dotknę ludzkich preparatów, to mogę je chociaż obejrzeć i wykorzystać w nauce ( no i wzdychać, przechodząc obok sali, gdzie medycy wykonują swoją pierwszą sekcję). Nie jest nawet tak źle z tęsknotą za domem, czas dosłownie przecieka mi tu przez palce. 
Jednak dobija mnie to, że przepełnia mnie ogromna niepewność, a moją głowę zalewają setki pytań, na które nie umiem odnaleźć odpowiedzi. Mówię tu zarówno o sprawach prozaicznych, jak nauka, bo w zasadzie nie wiem czego profesor będzie wymagać, jakie informacje są istotne i niezbędne. Przyłączam się do głosów krytykujących wcześniejsze stopnie edukacji, za to, że nie uczą jak się uczyć. Ale to może temat na oddzielny post. Jednak wiem, że z tym z czasem sobie poradzę. 
Najgorsza jest jednak niepewność. Najbliższe 270 dni ( do wyników matur) to dla mnie czas jednej wielkiej niewiadomej. To trochę przerażające, zwłaszcza, że osoby, które dobrze mnie znają, wiedzą, że ja muszę wszystko planować i wszystko mieć pod kontrolą. 

Problematyczny bywa też akademik. Szczególnie dla tak imprezowej jak ja osoby. Ale uczę się zasypiać ze stoperami, więc myślę, że z czasem przywyknę.

Czy żałuję, że wyjechałam na studia, choć mogłam ten rok spędzić w domu? Absolutnie nie! Wiem, że teraz miałabym ogromne wyrzuty sumienia nie ruszając się z miejsca i nie miałabym zupełnie motywacji do powtórek. I teraz z  czystym sercem przyznaję racje mojej polonistce, która w trakcie rozmowy zapewniła mnie, że podjęłam właściwą decyzję: najgorsze co może człowiek zrobić to stać w miejscu. 


niedziela, 23 sierpnia 2015

Depozyt myśli - pomaganie daje kopa


Obudziłam się dziś rano, nie dość, że nie wyspana to jeszcze w kiepskim humorze. Ale trzeba było zwlec się z łóżka 
o odpowiedniej porze, bo dziś po raz trzeci byłam wolontariuszką fundacji DKMS. 

Przyjechała po mnie organizatorka i pojechałyśmy na miejsce, gdzie trzeba było wszystko przygotować, a  uwierzcie mi, że jest co przygotowywać. Jak widzi się imprezy masowe organizowane od zaplecza... Chaos, chaos i jeszcze raz chaos. 
Jednak zaraz po tym, jak rzuciłam się w wir pracy, mój zły humor gdzieś uleciał. Rozmowa z pozytywnie nastawionymi ludźmi, którzy chcą pomóc innym, świadomość, że swoim zaangażowaniem przyczyniam się być może do uratowania chorej osoby dała mi zastrzyk energii, takiego kopa do życia i działania.  I tak jest za każdym razem, gdy angażuję się w jakąś akcję związaną z szeroko pojętym wolontariatem, czy działaniem w jakimś konkretnym celu. Czasem się nie chce, czasem coś nie wychodzi, bywa, że zastanawiam się po co to robię, skoro przecież nic teoretycznie nie dostaję w zamian. Jednak kiedy dochodzi już do finalizacji jakiś działań i wracam do domu czasem wymęczona, mam poczucie, że zrobiłam dla Świata coś dobrego i czuję, że to dobro we mnie dzięki temu siedzi i pozwala działać dalej, napędza mnie, by było go jeszcze więcej.

Nie chcę tu opisywać, że czułam się jak superbohater, bo w wolontariacie potrzeba dużo pokory ( o czym swoją drogą będzie
w innym poście). Jednak fakt, że skupiamy się na drugim człowieku sprawia, że zapominamy o własnym ego, o często błahych problemach. I nie ważne, że wróciłam do domu padnięta i głodna. Mam przynajmniej dobry humor i motywację do działania,
a moje problemy przestały mieć takie znaczenie. Jeśli macie, więc doła, skupcie się na drugim człowieku. Od razu będzie Wam lepiej.



poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Czytelnia - "Ladacznica" Emma Donoghue


Z twórczością Emmy Donoghue po raz pierwsze spotkałam się czytając "Pokój" tejże autorki. Książka bardzo mi się spodobała, więc gdy tylko pojawiła się zapowiedź "Ladacznicy", natychmiast chciałam ją mieć.

Powieść dostałam w prezencie, jednak przy pierwszym podejściu zrezygnowałam po około 100 stronach. Była to dla mnie zbyt trudna powieść.

"Ladacznica" opowiada o losach Mary Saunders, młodej dziewczyny pragnącej wyrwać się z biedy i nędzy. Chęć posiadania pięknej, czerwonej wstążki jest zapalnikiem w lawinie wydarzeń, które doprowadziły córkę zwykłej szwaczki do moralnego upadku.

Trochę nie zgadzam się z opisem z okładki, który mówi, że "autorka zawarła fascynujące studium kobiety opętanej żądzą posiadania ubrań.". Moim zdaniem, Emma Donoghue pokazała raczej przykład ogromnej determinacji do tego by stać się kimś lepszym. Jak się jednak okazało, chęć wspięcia się na sam szczyt drabiny społecznej, doprowadził główną bohaterkę do tragicznego upadku na samo dno.

Obawiałam się, że książka będzie naszpikowana  nagością, seksualnością i opisami aktów prostytucji. Ku mojemu, można by rzec zdziwieniu tak nie było. Oczywiście ciężko pisać o prostytucji, bez prostytucji, ale opowieść nie jest przesycona tymi scenami.

Jeżeli lubicie klimatyczne powieści, traktujące o losach i zmaganiach zwykłych ludzi ta książka jest dla Was. Pobudza
do przemyśleń o ludzkich motywacjach.

Moja ocena 8/10

*Zdjęcie okładki pochodzi z portalu Lubimyczytać.pl

piątek, 7 sierpnia 2015

Depozyt myśli - o marzeniach

Myślałam by ten tekst zacząć błyskotliwą sentencją. Szukałam odpowiednich przykładów, lotnych przemyśleń, chwytliwego tytułu. Zastanawiałam się czy pisać, bo przecież o marzeniach wypowiadali się już wszyscy, po co więc wałkować po raz kolejny ten temat. A jednak marzycielska część mojej natury dopominała się nieustannie o ten post. Ale wiecie, ciągle brakowało błyskotliwej sentencji.

Dziś po raz kolejny przerabiałam w głowie temat marzeń, szukając pomysłu, jak przedstawić go w ciekawy sposób, który być może kogoś zainteresuje. I w pewnym momencie, zadałam sobie najprostsze z możliwych pytań. Skoro chcesz pisać
 o marzeniach, czym one dla Ciebie właściwie są?

Macie wyjątkowe szczęście, że odpowiedź przyszła w miarę szybko, więc nie musicie czekać na moje "odkrycie roku" i post 
z nim związanych kolejnych kilku miesięcy. 

Marzenia są dla mnie...


Hmmm... To chyba zbyt popularny początek odpowiedzi...

Może jednak będziecie musieli czekać te kilka miesięcy...

Żartuję oczywiście. Zacznę może od tego, jakim typem człowieka w kontekście marzycielstwa jestem. Otóż można  powiedzieć, że jestem chodzącą hipokryzją. Z jednej strony twardo stąpam po ziemi, jestem zorganizowana i myślę logicznie ( kobieta myśląca logicznie - wiem, to dobry żart jest). Sama określam siebie jako realistkę, choć większość moich przyjaciół uważa mnie za skrajnego pesymistę. Z drugiej jednak strony, chyba odkąd pamiętam, błądziłam myślami w stronę przyszłości idealnej, wymarzonej właśnie. Od dziecka chciałam zostać lekarzem. Później doszły kolejne marzenia, plany, nadzieje. 
I choć teraz wiem, że czasem te marzenie brutalnie ścierają się z rzeczywistością, znam przynajmniej odpowiedź na postawione wyżej pytanie.
 Marzenia są dla mnie motorem do działania. Posłużę się może tą nieszczęsną medycyną. Wiadomo, wszystkie dzieci mówią, że będą jako dorośli pracować w takim, a nie innym zawodzie. Mała Ala sobie wymyśliła lekarza, więc zamiast bajek namiętnie oglądała programy o operacjach. Z tym, że Ala z bajek wyrosła, a zdania nie zmieniła, choć gdzieś po drodze chciała zostać jeszcze nauczycielem i pisarką. W gimnazjum zaczęłam skupiać swoją uwagę na biologii. Później wybrałam oczywiście biol - chem. Robiłam wszystko, by na tę upragnioną medycynę się dostać. Nie dla pieniędzy, nie dla prestiżu, nie dlatego, że tak chcieli rodzice. Dlatego, że to było moje marzenie. I choć często miałam serdecznie dość rozwiązywania kolejnych 100 zadań 
z biologii, tłuczenia wzorów z chemii, to dziecięce marzenie, które  przetrwało we mnie tyle lat, dodawało mi sił. 

Po wynikach matur zrozumiałam jednak, że czasem, mimo ogromnego wysiłku z naszych działań nie wychodzi zupełnie nic. Albo wychodzi coś, co nas nie zadowala. Czy żałuję włożonej pracy? Nigdy w życiu. Cała ta sytuacja nauczyła mnie, że człowiek musi marzyć i starać się zrobić wszystko by te marzenia spełnić. Nie może jednak marzeń zamieniać w fundamenty swojej przyszłości. Są one zbyt kruche i ulotne. Dlatego też zmieniłam trochę swoje podejście i do przyszłości podchodzę znacznie bardziej analitycznie. Skoro nie medycyna, a dietetyka to zrobię to, to i to, by zostać najlepszym specjalistą w tej dziedzinie. A jeśli za rok uda się poprawić maturę, to podejmę wyzwanie i odpowiedzialność jaką ciągnie za sobą zawód lekarza. 

Życie bez marzeń byłoby dla mnie pozbawione sensu. Nie umiałabym chyba odnaleźć motywacji do tego, by coś osiągnąć, być 
w czymś najlepszym, czy choćby uczynić świat choć odrobinę lepszym miejscem.

W sierpniu jesteśmy świadkami niezwykłych nocy. Wszak na niebie możemy zobaczyć spadające gwiazdy. Dokładnie rok temu wypowiedziałam takiej właśnie gwieździe życzenie, które jednocześnie było moim Marzeniem ( takim przez duże "M" właśnie). Wiedziałam jednak, że szanse, by to pragnienie miało szansę ziścić się bez mojej ingerencji są zerowe. Jednak, w tej samej chwili, gdy życzenie powędrowało do gwiazdki, ogarnął mnie strach. Co będzie jeśli się nie uda? Co jeśli się rozczaruję? Co jeśli zacznie mi zależeć jeszcze bardziej na moim Marzeniu, a ono okaże się niemożliwym do spełnienia?  "Jeśli Twoje marzenia cię nie przerażają, to znaczy, że są za małe...". 
Ten cytat jest ostatnio moim ulubionym. Nie ma marzeń, których nie można spełnić. Trzeba tylko wziąć to marzenie, postawić sobie przed oczami, podkasać rękawy i zabrać się do ciężkiej pracy. Nie bać się rozczarowania, tego, że się nie uda. Bo jeśli nawet rzeczywistość odbierze Ci marzenie, nie odbierze Ci doświadczenia i poczucia spełnienia, że zrobiłeś wszystko, co w Twojej mocy, by choć na milimetr zbliżyć się do spełnienia swoich pragnień. 


A czym dla Was są marzenia? Czekam na odpowiedzi w komentarzach,
 lub mejlach depozyt_mysli@op.pl).

czwartek, 25 czerwca 2015

Nie umiem zaczynać...

... ale podobno, nie ważne jak się zaczyna, ważne jak się kończy.
Zatem witam Cię czytelniku na moim nowym blogu. Może znasz mnie z mojego drugiego kawałka sieci (klik), a może trafiłeś zupełnym przypadkiem. Miło mi Cię powitać.

Żeby to może miało jakiś sens, to opowiem, jak ja - alice, się tu znalazłam. Od blisko trzech lat prowadzę bloga z recenzjami książek. Jednak przestał mi on wystarczać, a bardziej różnorodna tematyka trochę tam nie pasowała. Postanowiłam więc, założyć swój nowy kawałek sieci. Trochę trwało zanim się na to zdecydowałam, aż wreszcie dziś, zupełnie spontanicznie postanowiłam otworzyć "depozyt myśli". Skąd ta nazwa? Zainspirowała mnie audycja, radiowej Trójki bodaj, "Biuro Myśli Znalezionych". I tak po kilku różnych wersjach ostatecznie zdecydowałam się na nazwę, którą widzicie w nagłówku. Co zamierzam w tym depozycie przechowywać? Na pewno tak jak dotychczas recenzje książek. Pojawią się z pewnością zdjęcia, życiowe przemyślenia,  ale też cały inny misz - masz. Zobaczymy w praniu. Nie chciałabym wciskać się w jakieś sztywne ramy danej tematyki i jestem otwarta na Wasze propozycje.

Mam nadzieję, że się Wam tu spodoba.

No i cóż pozostaje więcej do dodania: Zaczynamy!