wtorek, 9 sierpnia 2016

Kiedy jesteś "nie dość"

Nie wiem czy stan, w którym trwałam między jednym a drugim ogłoszeniem wyników matury można nazwać depresją. Wydaje mi się to zbyt dużym słowem, choć gdy czytałam o jej diagnozowaniu, miałam wrażenie, że czytam o sobie. Może to był po prostu trwający rok dół, spadek formy. A może to mój zwyczajny wymysł, by ludzie wokół mi współczuli. Nie ma potrzeby nazywania tego. Chcę jedynie opisać jak się czułam. Nie wiem czy pisanie o tym, ma jakikolwiek sens. Może pomoże mnie samej zamknąć ten rozdział, a może pomoże komuś, kto jest w podobnej sytuacji i myśli, że nikt go nie rozumie. W każdym razie piszę ten post, choć nie wiem czy kiedykolwiek zostanie on przez kogoś przeczytany. Piszę, choć nawet nie wiem od czego zacząć…





Może od tego, że zawsze byłam „nie dość…”. Mogłam zająć drugie miejsce w ważnym dla mnie konkursie i obok gratulacji, a czasem zamiast nich, były osoby, często mi najbliższe, które pytały: ale dlaczego nie wygrałaś? Bo byłam nie dość dobra, bo nie dałam z siebie wszystkiego? Nie, bo inni byli po prostu lepsi. Ale jako dziecko tego nie rozumiałam. Pomimo nawet początkowego zadowolenia z siebie, po usłyszeniu takich słów cała moja pewność siebie gdzieś znikała.  Narosło we mnie poczucie, że jestem niewystarczająca, wybrakowana. I choćbym nie wiem, jak się starała, zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że mogłam zrobić coś lepiej.
Nie mogę jednak powiedzieć, by 19 lat mojego życia było pasmem nieszczęść i niepowodzeń. W końcu mam rodzinę, całkiem niezłe zdrowie, przyjaciół, chłopaka. Mam gdzie spać i co jeść. A kto z nas nie ma w sobie ran zadanych przez innych? Kto z nas, choć raz nie poczuł się „nie dość”?

***

Z jednej strony byłam więc „nie dość”, a z drugiej wszędzie słyszałam, że akurat ja na pewno dostanę się na medycynę. Nie podzielałam tego optymizmu, ale z uśmiechem na twarzy potakiwałam i mówiłam: Proszę nie zapeszać. W głowie miałam jednak: jeśli się nie dostaniesz, zawiedziesz nie tylko siebie, ale też wszystkich, którzy w Ciebie wierzyli. Nie przynieś wstydu.
Do matury podeszłam więc niezwykle zestresowana. Czułam na sobie presję nie tylko samej siebie, ale też wszystkich innych, którzy oczekują mojego dobrego wyniku i być może między innymi właśnie to spowodowało, że zawaliłam.

***

Nadszedł dzień wyników, dla jednych dzień tryumfu, dla mnie dzień największej porażki. I na nic zdały się słowa, że to tylko matura. Mnie zawalił się świat. Chwilę, gdy zobaczyłam wyniki z biologii i chemii, opisałabym jako potężny cios w brzuch, po którym człowiek na kilka sekund traci oddech. Później były tylko łzy… Wierzyłam wtedy jeszcze, że jakoś się pozbieram. Tak jak zawsze, przez kilka dni będzie mi smutno, a później wezmę się w garść. Jednak z dnia na dzień było tylko coraz gorzej. Stałam się apatyczna. Spałam kilkanaście godzin na dobę, lub nie mogłam spokojnie przespać  kilku nocy z rzędu. Nic nie dawało mi radości. Straciłam kompletnie wiarę w to, że jestem cokolwiek warta. Obudziły się wszystkie moje kompleksy.  Przestałam czytać książki, pisać bloga. Najdłuższe wakacje w życiu zmarnowałam w dużej mierze na gapieniu się w sufit, gdy leżałam zakopana w łóżku z zapasem chusteczek.  Raz na jakiś czas zdarzył się lepszy dzień, kiedy się śmiałam, by po chwili w mojej głowie znów pojawiły się czarne myśli i wybuchałam płaczem. Nic się już dla mnie nie liczyło. Słyszałam, że to głupie, są ważniejsze rzeczy niż medycyna. Że jutro może mnie potrącić samochód, będę do końca życia inwalidą, a przejmuję się kierunkiem studiów. Że nie mam się czym martwić, bo przecież znalazłam sobie bogatego chłopaka, to będzie mnie utrzymywał. Wiem, że niektóre słowa były wypowiedziane w żartach i miały mnie podnieść na duchu, ale jedyne co czułam to niezrozumienie. Nie miałam w pobliżu nikogo w podobnej sytuacji, więc słowa pocieszenia płynące od innych nic dla mnie nie znaczyły. Wiedziałam, że bliskie mi osoby robią co mogą, by mi pomóc, jednak żadne słowa i gesty nie przynosiły mi ulgi. Poczucie niezrozumienia, niesprawiedliwości i żalu przepełniało mnie każdego dnia. W mojej głowie pojawiało się wiele czarnych myśli, które chciałabym wykreślić z pamięci. Były też dni, kiedy smutek ustępował złości. Dosłownie na wszystko. Punktem zapalnym były słowa: musisz wziąć się w garść. Niezliczoną ilość razy wykrzykiwałam wtedy do osoby od tej złotej rady: skoro mówisz, że mam wziąć się w garść, powiedz mi jak to zrobić?!. Niestety, ale na to pytanie, żadna z osób, która radziła wziąć się w garść, nie miała konkretnej odpowiedzi.
Radzono mi również udanie się do psychologa. Teraz żałuję, że tego nie zrobiłam. Prawdopodobnie dzięki fachowej pomocy, udałoby mi się szybciej uporać z moim załamaniem. Miałam to szczęście, że byli wokół mnie troskliwi ludzie, którzy nawet pomimo moich gorzkich słów, nie poddawali się i niestrudzenie trwali przy mnie. M. należy się order za cierpliwość i znoszenie przez rok dziewczyny marudy. Jak wiele dla mnie robi, zrozumiałam, kiedy pomimo natłoku nauki, przyjechał do mnie w środku nocy, niemal na drugi koniec miasta, kiedy było ze mną naprawdę źle.

Jeśli jesteś w podobnej sytuacji, jak ja rok temu i chcesz pogadać pisz śmiało. Nie dam nikomu rady, jak się z tym uporać, bo ja sama przez rok nie dałam sobie z tym rady. Mogę jedynie wysłuchać.

 Dopiero odwrócenie sytuacji o 180 stopni przestawiło mój umysł z powrotem na dobre tory. Nie jest to jednak dobra metoda, bo trwanie tyle czasu w dole nie przynosi niczego dobrego. Do dziś dzień muszę starać się czerpać radość ze zwykłych rzeczy jak chociażby czytanie książek, które kiedyś pochłaniało mnie bez reszty i walczyć, by nie dopuścić do siebie ponurych myśli, że jestem "nie dość". Uwierzcie, niektórym ludziom nie dogodzicie. U mnie nawet dostanie się na "zwykłą" medycynę (starałam się też dostać na wojskową, ale nie wyszło) nie dało pewnym osobom powodów do dumy ze mnie.

Jeżeli przez minimum dwa tygodnie cierpisz na zaburzenia snu, odżywiania, jesteś apatyczny, masz napady płaczu, nie możesz się skoncentrować,odczuwasz lęk, żadna czynność nie sprawia Ci radości, może to oznaczać, że zapadłeś na depresję. Nie ma się czego wstydzić! Jest to choroba, jak każda inna. Nie bój się poprosić o pomoc. Może warto więc udać się na spotkanie z psychologiem lub psychiatrą. Anonimowo z pomocy możesz skorzystać tutaj:

116 123 – Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym
22 425 98 48 – Telefoniczna pierwsza pomoc psychologiczna
116 111 – Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży

Jeśli nie chcesz tego, pamiętaj, żeby nie dusić w sobie złych emocji. Wygadaj się najbliższej osobie, pisz pamiętnik, maluj, śpiewaj, rób cokolwiek, żeby to z siebie wyrzucić. Nie pozwól, by kierowały Tobą te złe myśli. Wierzę, że dasz radę. To, że spotkała Cię porażka nie zmienia tego, że jesteś wartościowym człowiekiem.


4 komentarze:

  1. Z doświadczenia wiem, że słowa "inni mają gorzej, weź się w garść" to najgorsze i najbardziej raniące słowa, jakie inni wypowiadają. Gratuluję, że jakoś się z tego podniosłaś. Szkoda tylko, że w naszym kraju chodzenie do psychologa jest jeszcze naznaczone takimi negatywnymi opiniami mimo, że to lekarz jak każdy inny. Wielu z nas przydałaby nam się jego pomoc bardziej niż dentysta a mimo to prosząc kogoś o pomoc zostajemy wyśmiani.

    blondynkaczuje.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po pierwsze psycholog to nie jest lekarz!!!
      Zgadzam się z opinią koleżanki,że pomoc psychologa nie jest przychylnie widzialna w Polsce choć coraz więcej osób korzysta z jego usług.
      Ala też byłam w takiej sytuacji, też przetrwałam i jestem szczęśliwą studentką. Gratuluję i trzymam kciuki, bo łatwo nie będzie i o to chodzi :)

      Usuń
  2. Psycholog to nie lekarz! Psychiatra to lekarz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Została już na to zwrócona uwaga w komentarzu powyżej :)

      Usuń

Dziękuję za pozostawione komentarze, także te z konstruktywną krytyką. Dzięki Wam mam motywację do dalszej pracy na blogu :).

Komentarze obraźliwe będą usuwane.