niedziela, 4 września 2016

Wspomnienia ze szkolnej ławy


Choć pierwszy wrześniowy post miał być postem motywacyjnym dla tegorocznych maturzystów, gdy odwiedziłam mury mojego gimnazjum i liceum, a w środku wezbrały we mnie wspomnienia, pomyślałam, że chyba warto zmienić plany i tak oto dziś chcę powspominać razem z Wami moje szkolne lata. I choć byłam zawsze grzeczną i pilną uczennicą, a moje szkolne życie nie obfitowało w skandale i nieprawdopodobne historie, to mam nadzieję, że kogoś ten post zainteresuje. A w komentarzach czekam na Wasze szkolne historie :).



Zacznijmy może od przedszkola. Mimo późniejszej chęci do nauki, jako mała dziewczynka, starałam się ze wszystkich sił, by ominąć to miejsce. Moi rodzice, ówcześnie prowadzący sklep, powiedzieli, że nie mogę iść z nimi, bo musiałabym już o 6 być gotowa do wyjścia. Nie ma problemu! Wstałam, ubrałam się i zadowolona stanęłam przed rodzicami oświadczając, że idę razem z nimi. I poszłam :P. Ale z czasem i przedszkole zyskało moją sympatię, a do pierwszej klasy szkoły podstawowej ruszyłam już z dużo większym zapałem. Niestety, ale niewiele pamiętam z całej podstawówki, nie mówiąc już o klasach 1-3. Najbardziej zapadła mi w pamięć moja wychowawczyni, jeden z najlepszych pedagogów poznanych na mojej edukacyjnej ścieżce. Niezwykle zaangażowana kobieta, która obdarowywała nas miłością i troską, a także dbała o to, by ciągnąć poziom klasy do góry. Co najpiękniejsze, do dzisiaj, gdy spotyka mnie na ulicy z daleka już wita mnie z radością i zamienia kilka zdań.

Klasy 4-6 miały być przełomowe, w końcu wejdzie tyle przedmiotów, w końcu zacznie się poważna nauka. Oczywiście było to w dużej mierze „straszenie” na wyrost. Dalej wystarczyło odrobić zadanie, poczytać trochę przed sprawdzianem i świetne oceny wpadały do dziennika. Choć zdarzały się i potknięcia. Do dzisiaj pamiętam swoją pierwszą jedynkę. Dostałam ją z polskiego, za nieznajomość przypadków. Najtrudniejszym chyba wydarzeniem tego czasu, był moment, gdy moja przyjaciółka (z którą dosłownie znam się odkąd pamiętam) przeprowadziła się do Rzeszowa. Ostatnio odnowiłyśmy nasz kontakt, który utrzymywał się przez cały czas, choć czasem bywał słabszy i Aśka odgrzebała nasze listy, które wtedy do siebie pisałyśmy. Śmiechu z tych ortograficznych byków, list naszych ocen i problemów, które teraz wydają się całkiem błahe, było co nie miara.

Przyszedł czas na wybór gimnazjum. Bardzo zależało mi na nauce, więc chciałam dostać się do prywatnego gimnazjum, które było prowadzone przy najlepszym liceum w moim mieście. Mimo wysokich wyników w nauce, obawiałam się, że mi się nie powiedzie i chyba wtedy po raz pierwszy doświadczyłam „stresu list rankingowych”. Na szczęście się udało, choć M. twierdzi, że nie wiem co to gimnazjum, bo chodziłam do takiej „grzecznej” szkoły. I faktycznie, nie doświadczyłam kocenia, ani innych gimbopatologii. Miałam za to bardziej zgraną niż w podstawówce klasę (im dalej w las, tym więcej drzew – w liceum było jeszcze lepiej). Cieszyło mnie również to, że zdobywanie dobrych ocen nie było traktowane jako bycie kujonem, tutaj każdy, no może prawie każdy, się starał. W gimnazjum zaprzyjaźniłam się także z Vibi (Vibi bloguje). Gdy teraz wspominamy, jak głupie wtedy byłyśmy ( nie, żeby teraz nastąpiła jakaś wielka zmiana) to… lepiej może nie mówić.

Tutaj również poznałam osobowość, jaką była moja matematyczka, której osoba była wręcz legendą. Nic dziwnego, skoro uczyła pewnie połowę mojej kadry nauczycielskiej. Starsza Pani z ogromną dozą energii i ze swoimi dziwactwami. Na pierwszej lekcji ustawiła nas według wzrostu i przyporządkowała do ławek. Można było pisać tylko czarnym długopisem. Przed lekcją obowiązkowo należało wywietrzyć klasę. Nie ważne, że na zewnątrz było -20. Jeżeli pomieszczenie na początku lekcji nie było dość świeże, wyprowadzała nas na korytarz, wietrzyła i dopiero wtedy zaczynała lekcje. Na jej biurku obowiązkowo miała leżeć chusteczka, która sprawdzała czystość. Nie zapowiadała sprawdzianów, bo jak twierdziła, po co mamy się wcześniej stresować. Zasypywała nas historiami ze swojej wyprawy do Ameryki, strach było spotkać ją w zimie bez czapki, przez 3 lata nie zapamiętała mojego nazwiska, byłam więc albo panną z ostatniej ławki, koleżanką Kowalskiej, lub zwracała się do mnie nazwiskiem mojego kolegi. I choć zawsze stresowałam się matematyką, to jednak przyznaję, że ta matematyczka wyjątkowo umiała wtłoczyć jakąś wiedzę do mojego niematematycznego łba.

W gimnazjum po raz pierwszy tak mocno doświadczyłam, jak wiele daje pomaganie innym, bowiem organizowaliśmy wielokrotnie akcje charytatywne, byłam też wolontariuszką w czymś w rodzaju świetlicy środowiskowej. Może to właśnie wtedy zapaliła się we mnie iskierka wolontariatu.

Zaczęłam też uczęszczać na kółko chemiczne, choć przyznaję, że chemia wtedy nie należała do moich ulubionych przedmiotów, co w sumie nigdy się bardzo nie zmieniło. I tak, uczyłam się do testów gimnazjalnych, w dużej mierze chyba dlatego, że w ten sposób motywowałam się wzajemnie z moim przyjacielem, który starał dostać się do liceum w Warszawie. Sama jednak nie stresowałam się samymi egzaminami, podeszłam do nich na spokojnie i na kolejne 3 lata zostałam w Hogwarcie, czy też zakonie, bo tak potocznie jest nazywane moje liceum. Wybrałam klasę biol-chem-mat. Kolejni przyjaciele mnie opuścili (dwoje z nich wyjechało do innych miast do liceum), więc choć znałam już doskonale swoją szkołę, w mojej klasie znałam tylko kilka osób, więc i tak wszystko zaczynałam od zera. Szybko jednak załapałam kontakt z dziewczyną, która siedziała za mną. Jakoś zaczęłyśmy gadać o książkach i później już poszło :). Z czasem paczka się powiększyła, a klasa zżyła ze sobą i przyznam, że nigdy nie miałam tak fajnej ekipy. Choć oczywiście zdarzały się zgrzyty, to wiele rzeczy udało nam się zorganizować. Wycieczka, rekolekcje, układ taneczny na studniówkę, pokazy chemiczne ( jeżeli jesteście zainteresowani działalnością naszego Klubu zapraszam tutaj: Klub ReAktywnych Chemików – jesteśmy najlepszą chemiczną drużyną pokazów w Polsce). Miałam też przyjemność bycia przewodniczącą klasy i poznałam tym razem aż troje nauczycieli z ogromną pasją: księdza, który poświęcał nam wiele uwagi i potrafił dyskutować na każdy temat, polonistkę, o której zwykło się mówić, że jest natchniona, bo prowadziła lekcje w tak autentyczny i ciekawy sposób, że gdy czytałam swoje notatki przed maturą ustną w głowie miałam jej głos i śmiech. I na koniec, najbardziej niedoceniony nauczyciel, moja wychowawczyni, która w pierwszej klasie uczyła mnie również chemii. Cóż mogę powiedzieć, nauczyciel z ogromną pasją, kreatywnością, a przede wszystkim zaangażowaniem. Gdyby w szkole było więcej takich ludzi, myślę, że 1 wrzesień byłby dla większej ilości uczniów świętem, a nie smutnym pożegnaniem wakacji.

W trakcie całej edukacji zdarzyli się też nauczyciele, którzy niezwykle działali mi na nerwy, ludzie z klasy, z którymi nie mogłam się dogadać, ale chyba szkoda tekstu, by się nad tym rozwodzić, wolę pamiętać tych nauczycieli z prawdziwego zdarzenia i te najlepsze chwile wspólnie spędzone z pozytywnie zakręconymi ludźmi. Mam nadzieję, że na studiach tendencja do coraz lepszych klas się utrzyma i trafi mi się jakaś super grupa :). 

***
Wyjeżdżam dziś na upragnione wakacje, więc na wszystkie komentarze i mejle odpowiem po powrocie. Jeżeli chcecie na bieżąco śledzić co u mnie, zapraszam na Instagram @depozyt_mysli, tam na pewno się coś pojawi w tym czasie :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawione komentarze, także te z konstruktywną krytyką. Dzięki Wam mam motywację do dalszej pracy na blogu :).

Komentarze obraźliwe będą usuwane.