sobota, 8 października 2016

Pierwsze kroki na lekarskim

Długo zastanawiałam się w jakiej formie zamieszczać posty o studiach medycznych. Myślałam
 o podsumowaniach, postach tematycznych o konkretnych przedmiotach itd. i z pewnością takie również się pojawią, chciałabym jednak, dzielić się z Wami wydarzeniami na bieżąco, będą więc wpisy z rodzaju takich pamiętnikowych. Takich jak ten dzisiaj, o moich pierwszych krokach na lekarskim.


Zajęcia rozpoczęłam we wtorek. Bardzo długi wtorek, bo plan mam wypełniony po brzegi od 8 do 19. Udało się jednak przebrnąć bez większych problemów przez cały dzień i chociaż wróciłam do mieszkania skonana, w końcu poczułam, że jestem na właściwym miejscu.

Przyszła środa, a wraz z nią to, co medyczne tygryski lubią najbardziej, czyli anatomia. Najpierw odbył się wykład, a później miałam ćwiczenia. Oczywiście, czekając na asystentów, mogłam nasłuchać się mrożących krew w żyłach historii, o tym jak ludzie rezygnują z medycyny po zobaczeniu zwłok, jakie to wszystko będzie przerażające. Mając chłopaka na lekarskim i przyjaciółkę na stomie, wiedziałam, że można to w większości między bajki włożyć. Sama byłam też już oswojona z samym prosektorium, miałam bowiem tam zajęcia na dietetyce. I choć może wtedy nie dostaliśmy do oglądania żadnych preparatów, to samo miejsce nie wydawało się już takie straszne. Oczywiście, ku zaskoczeniu wielu osób na stół nie trafiły świeże zwłoki, a kości. I padło jedno, z najbardziej oczywistych, ale jak się później okazało, nieco problematyczne pytanie: co to jest kość? Niby każdy to wie, ale gdy przychodzi do wytłumaczenia tego, nagle pojawia się problem. Otrzymaliśmy wiele rad jak uczyć się anatomii, z czego korzystać i o czym pamiętać. Bardzo mi się podoba, że nasz asystent zmusza nas do myślenia, a nie wkuwania na pamięć. Dodam jeszcze, że nikt nie zemdlał, nikt nie uciekł z prosektorium z krzykiem, ani nikt jeszcze nie rzucił tych studiów.

W czwartek miałam zajęcia z biofizyki, czyli nauczanie czarnej magii w praktyce. W głównej mierze dlatego, że po prostu wiele informacji uleciało mi od czasu, kiedy ostatnio uczyłam się fizyki, czyli w pierwszej klasie liceum. Wiem już, więc że trzeba będzie sobie co nieco odświeżyć, żeby bezproblemowo przejść przez te zajęcia. Później była jeszcze łacina i choć nigdy mocna z języków nie byłam, mam nadzieję, że sobie poradzę. Po południu usiadłam do anatomii i powoli zaczął mnie przytłaczać ogrom tego wszystkiego. Nie narzekam, bo doskonale wiedziałam w co się pakuję, chwilami jednak wątpię w to, czy nadaję się na te studia. Nie poddałam się jednak i wytrwale ogarniałam zadaną partię materiału. Daleko mojej nauce jeszcze do perfekcji, ale mam nadzieję, że z czasem mój mózg przestawi się na inny sposób nauki. 

 Wczoraj moimi jedynymi zajęciami były ćwiczenia z anatomii, na których moje zwątpienie się tylko pogłębiało. Cieszy mnie jedynie fakt, że są ludzie, którzy bardziej ode mnie denerwują się przed zajęciami. 



Nie powiem, ten tydzień był męczący. Wszystko jest nowe i czasami wydaje się nie do przejścia. Wierzę jednak, że sobie poradzę. Skoro tak bardzo zależało mi na tych studiach i tak mocno walczyłam by się na nie dostać, nie pozwolę teraz sobie tego zmarnować. A cały stres z tego tygodnia, odbiłam sobie wczoraj, mimo kiepskiej pogody, na Light Move Festival świętując z M. naszą drugą rocznicę. 


A teraz, pełna zwątpienia, siadam do nauki. Wiedza sama do głowy nie wejdzie. 
Jak minęły Wasze pierwsze dni na uczelniach? Jeżeli chcecie być na bieżąco, z tym co u mnie, zapraszam na Instagrama @depozyt_mysli. 





1 komentarz:

  1. U mnie bardzo podobnie; ciężko, z chwilami zwątpienia. Ale teraz kiedy już wiem jak się uczyć, mam wypracowany jakiś tam schemat -jest lepiej! Nawet jakieś pochwały od asystenta na anacie wpadły :D Wszystko jest do przeżycia :)
    Młoda, WLK :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za pozostawione komentarze, także te z konstruktywną krytyką. Dzięki Wam mam motywację do dalszej pracy na blogu :).

Komentarze obraźliwe będą usuwane.