czwartek, 9 marca 2017

Organizacja czasu na medycynie

Połączenie dużej ilości nauki, odpowiedniej ilości snu, przy jednoczesnym utrzymaniu relacji międzyludzkich, urasta czasem, przynajmniej tak mi się wydaje, to stanu niemożliwego do osiągnięcia. Nirvanka, o której każdy student marzy, a nikt nie może osiągnąć. Bo przecież studia medyczne to w końcu tylko nauka, przerywana nauką. Dziś wychodzę naprzeciw stwierdzeniu, że na medycynie nie ma się czasu na jedzenie, a co dopiero na związek, odwiedzenie rodziny, bo przecież ciężko wygospodarować nawet chwilę dla siebie samego.
Kluczem do pogodzenia tego wszystkiego jest dobra organizacja. Dziś więc o moich sposobach na połączenie tego wszystkiego i utrzymanie stanu względnej równowagi. Zapraszam!



Przede wszystkim mam jasno określone priorytety. Na pierwszym miejscu w układaniu jakiekolwiek planu działania, czy to na kolejny dzień, tydzień, czy miesiąc stoi nauka. Możecie sobie teraz pomyśleć, że świetna ze mnie dziewczyna, no ale taka niestety jest prawda. Z chęcią spędzałabym więcej czasu z M., przyjaciółmi, czy rodziną, ale wtedy pewnie część rzeczy bym zawalała, a w konsekwencji miała dla nich paradoksalnie mniej czasu.
Po drugie, staram się wszystko zaplanować do przodu. Nie odkładam nauki na ostatni wieczór przed kolokwium, staram się jak najmniej rzeczy przekładać na kolejne dni, bo dziś mi się nie chce. Wiadomo, czasem każdy łapie lenia i nie myślcie, że jestem jakimś robocikiem, który może pracować od świtu do nocy, przez cały tydzień bez większej przerwy. Ale wychodzę z założenia, że skoro coś trzeba zrobić, to bez sensu to odwlekać – jutro będę miała dwa razy więcej.  Trochę, nad czym bardzo ubolewam, zaniedbałam to swoje planowanie wszystkiego, z bardzo prozaicznego jednak powodu. Nie byłam w stanie, z resztą nadal chyba do końca nie jestem, określić ile czasu zajmie mi nauka danego zagadnienia, jak jest ono obszerne i jak skomplikowane. Liceum, a potem gap year, było o tyle łatwiejsze, że wystarczyło policzyć liczbę stron w książce, a tu książek jest kilka, do tego materiały elektroniczne i czasem ciężko ogarnąć to wszystko.  O tym jak dokładnie planuję czas pisałam w poście: Moje sposoby na organizację czasu.
Znam też już całkiem nieźle swój organizm i wiem, że po północy nie mam najmniejszych szans na jakąkolwiek efektywną naukę. Dlatego też, zazwyczaj siadam do książek zaraz po powrocie z uczelni i zjedzeniu obiadu. Co ciekawe, robię tak od podstawówki. Zawsze wracając ze szkoły pierwsze co robiłam to siadałam do lekcji. Może wynikało to z faktu, że miałam prawie zawsze dodatkowe zajęcia popołudniami i wiedziałam, że jeśli wrócę z tańców czy basenu o 19 to nic z mojej „nauki” już nie będzie.  W weekendy nie nastawiam budzika, staram się jednak nie spędzać dnia do 15 w łóżku, bo pewnie wtedy w ogóle nic nie byłoby z mojej nauki.

W mój stały grafik wpisuje się również odpoczynek. Postanowiłam na początku roku akademickiego, że piątkowe popołudnie i wieczór to czas bez książek i tego się trzymam. Zdarzało mi się ewentualnie zrobić coś, co nie wymagało ogromnych nakładów pracy, a jednocześnie fajnie było mieć to z głowy, czyli np. porządkowałam sprawozdania, uzupełniałam zeszyty itd. W drugim semestrze mam zajęcia do 19, więc pewnie wolny czas – zazwyczaj przeznaczony na spotkanie z chłopakiem, przypadnie na sobotę. Choć oczywiście, każdego dnia staram się znaleźć chwilę dla siebie, by ugotować coś pysznego, obejrzeć coś na YT, czy poczytać blogi lub kilka stron książki. I uwierzcie to jest możliwe! A jak ktoś mówi, że nie ma na nic czasu, to podejrzewam, że właśnie pouczy się 20 minut, później przez 15 obejrzy filmiki z kotami, znów na chwilę wróci do nauki i ma wrażenie, że uczy się cały czas i na nic innego tego czasu nie ma, podczas, gdy sytuacja jest zupełnie inna. Jeśli mam nawał nauki i ciężko znaleźć mi chwilę wieczorem, by złapać oddech, to korzystam z czasu spędzonego w tramwaju na jakieś przyjemności jak oglądanie filmików, czy czytanie książek.
Na studiach dochodzą też obowiązki dorosłego człowieka. Trzeba w końcu zrobić zakupy, ugotować coś, załatwić jakieś formalności. Staram się również i takie czynności optymalizować. Mam większą przerwę między zajęciami? Posprzątam mieszkanie (nie lubię uczyć się takimi zrywami, więc zamiast się nudzić staram się zrobić coś produktywnego). Wracając z zajęć robię większe zakupy i gotuję najczęściej na kilka dni. Pomagają również przywiezione od mamy pyszności, które wystarczy jedynie odgrzać.
Z uwagi na sporą liczbę kilometrów i brak bezpośredniego połączenia pociągiem, niestety rzadko wracam do domu. Szczególnie, że niespecjalnie umiem uczyć się w pociągu, a tak długa podróż jest też dość męcząca. Jednak udało mi się na początku sesji wyskoczyć na kilka dni, by zrobić mamie niespodziankę na urodziny. Podróże jednak planuję również też z dość dużym wyprzedzeniem, w tygodniach, gdzie albo jest dłuższy weekend, albo mniej nauki. A i takie tygodnie się na medycynie zdarzają.

Jeśli więc obawiacie się, że na medycynie czeka Was tylko nauka i nie ma sposobu, by połączyć to z normalnym życiem, to jesteście w błędzie. Wszystko się da, trzeba tylko czasem spiąć gluteusy i działać, a nie tylko narzekać, że jest ciężko!



2 komentarze:

  1. ale przecież Twój chłopak jest na MONie, to nie znaczy, że musi mieć przepustki żeby wyjść z koszar? ma możliwość zobaczenia się z Tobą bez problemu? pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na MONie mają przepustki, więc raczej nie ma z tym problemu :). Również pozdrawiam :)

      Usuń

Dziękuję za pozostawione komentarze, także te z konstruktywną krytyką. Dzięki Wam mam motywację do dalszej pracy na blogu :).

Komentarze obraźliwe będą usuwane.